Matka i córka na szczycikach Himalajów

Podziel się

Zobaczyć Ośmiotysięczniki z bliska. Trzeba udać się do Pokhary- mekki turystów. Psia kość, no trudno, kilka dni w turystycznej okolicy chyba nas nie zabije.

Autobus komfortowy dotarł do Pokhary z nami na pokładzie. A jaką on trasą jechał! Jakie ich rzeki mają kolor! Piękne preludium. Przepiękne. Pokhara zdecydowanie ucywilizowana, knajpki na modlę europejską, świetne pizzerie i naprawdę fajne hoteliki.  Tyle, że w tym trudnym dla Nepalu czasie z żarciem kiepsko, menu poobcinane, i ten prąd, którego nie ma.

Zamieszkałyśmy w jednym pokoju z Marie, młodziutkim dziewczątkiem z Francji.

Li już miała nie tylko mnie do męczenia, a jeszcze Alejandro (nazwanego przez nią Mu Dwa) i Marie (kryptonim Mu Jeden). Komu w drogę, temu trampki, nie po to tłukłyśmy się w Himalaje, żeby się opalać. Rekonesans wypadł tak, że możemy wybrać trasę z Poon Hill w kulminacyjnym punkcie albo z Poon Hill. Wszystkie inne były zbyt długie – 10-18 dni. Poon Hill obliczyli na 5 dni łażenia w górach.

To może przewodnik? Eeeeee tam. Porter? Wolne żarty.

Mapę kupiłam, przeliczyłam trasę, w cztery dni spokojnie ogarniemy. Dzieciaki zaopatrzyły się w super kopie goretexów North Face’a, opracowaliśmy strategię zdobycia pozwolenia na trekking. To pojutrze idziemy. A póki co, mówią, że trzeba zobaczyć wschód Słońca z jakiejś tam górki. A ja stara i głupia nie nauczyłam się jeszcze, że wschody Słońca nie są warte ceny, którą muszę za nie zapłacić. Otóż dla mnie wstawanie, gdy jeszcze jest ciemno, to najgorsza zbrodnia przeciwko ludzkości. I wiem, wiem o tym, a mimo to nadal czasem się nabieram na bajeczki o wschodach.

No ale dzieciaki chciały, niech tam. O której wschód? No o 6 , pan powiedział. No to o 5 trzeba było wyjść, złapać taxi, wynegocjować cenę, dotrzeć na górę, wdrapać się na 200 schodów. W mrozie i ciemności. I czekać, czekać cholerne dwie godziny, aż pokaże się kawałek Słońca, bo panu pomyliła się znacząco godzina, o której Słońce wschodzi. O! Czy dodałam, że było pochmurno? Bardzo.

Ale czekaliśmy, z resztkami nadziei, że zobaczymy te ośmiotysięczniki, chociaż reszta ludzi poszła, my zostaliśmy. I czekaliśmy. I nic.

Małe górki blisko, pola, chmury. Nagle i niespodziewanie Lilka szarpie mnie za skostniałą rękę: „Mamo, ile tam śniegu!” Dziecko mi bredzi ze zmęczenia najwyraźniej…

Przyglądam się, nadal widzę góry wokół, nad nimi chmury, chmury i jeszcze dużo, dużo chmur i gdzieś wysoko nad nimi czubek Annapurny. Oniemiałam. Wszyscy staliśmy jak słupy soli. Wmurowani. (jak już Lilka pokazała, gdzie patrzeć należy).  Nigdy, przenigdy nie sądziłam, że może istnieć na świecie coś tak ogromnego, coś tak wysokiego. Nigdy, żaden film, żadne zdjęcie nie pokażą tych proporcji, tego wrażenia. Wiem, co mówię, obejrzałam pewnie wszystkie filmy o Himalajach i widziałam miliony obrazków. I to po prostu trzeba zobaczyć, poczuć, przeżyć. Niesamowite.

Koniec show, większego kawałka Annapurna nie chciała ukazać. Trzęsąc się podreptaliśmy na dół. A potem rozgrzewałyśmy się długo, wlewając w siebie gorącą owsiankę i kubki kawy.

iDSC_0359a

iDSC_0337a

iDSC_0369

iDSC_0386

Po południu strzeliłyśmy sobie z Marie spacerek do jakiś wodospadów, piwko wieczorem i heja rano po pozwolenie i w góry.

Niespodziewanie uzyskiwanie pozwolenia plus powolna droga do biura, zajęły nam większą część dnia. Złapałyśmy ostatnie stojące miejsca w autobusie. Dwie godziny z dziesiątkami osób na sobie. Inni usiedli na podłodze. Lilka zrobiła awanturę, że ona w takich warunkach podróżować nie będzie, że żąda miejsca przy oknie i koniecznie obok mnie. Rozpieszczone inglesi. Co za wstyd. Usiłowałam usiąść na podłodze. Ale odezwała się ukryta klaustrofobia. Bo przecież w razie wypadku nie będę mogła wstać, a do tego ci wszyscy ludzie zwalą się na mnie. W rezultacie tych przemyśleń stałam sztywno bite dwie godziny. Inni siedzieli na moich stopach. Ewentualnie kładli torby. W wiosce popędziliśmy w kierunku „szlaku” , bo już było bardzo późno, a wypadało dokądkolwiek dojść. Szliśmy drogą, osiołki szły, samochody jeździły, ludzie szli z zakupami. Szliśmy zatopieni w zachwycie. Takim ściskającym za gardło i łapiącym za jaja. Pierwsze jaki pojawiły się na horyzoncie, pierwsza wioska, druga i nasze Lamdawali, w którym postanowiliśmy zanocować. Psia kość. Zimno. Warunki w chacie strychowe. Jasne, że bez ogrzewania. To mniej niż namiot. Dziury między deskami takie, że dobrze wypasione kaczki mogłyby przelecieć. Łazienka? Prysznic? A weź Se wiadro, idź za chatę, co z tego, że nieosłonięte.

Jak w Chatce Puchatka w Bieszczadach.

Przychojraczyliśmy i wzięliśmy prysznic pod osłoną nocy. Zjedliśmy Dhal Bat i poszliśmy spać. Noclegi w Himalajach są tanie – 200-400 rupii nepalskich to max, ale żarcie za to diabelnie drogie. I dość paskudne. Bo co tam się będą wysilać. Ludzie przylezą, potem polezą, pewnie i tak nie wrócą.

Zimno, bo zimno, ale spało się przednio, zwłaszcza po zimnym prysznicu. Ale poranne wstawianie to zupełnie co innego. Wystawić jakąkolwiek część ciała i zapakować w lodowate i wilgotne ciuchy. To była walka. Najpierw ze sobą, a potem z Li, bo tego dnia Lilka zapoczątkowała codzienne poranne, himalajskie awantury o wstawianie w warunkach zimowych. Trudno się dziwić. Ale też trudno znosić dzikie wrzaski od rana. Od tego dnia ciuchy zaczęły spać z nami. Poprzedniego dnia zamówiliśmy śniadanie na siódmą. Było na ósmą. Bierzcie zawsze poprawkę na luźny stosunek do czasu ludów pozahamerykańsko-europejskich.

I heja w górę. Zaczęły się schody, skończyły się motory i pojazdy kołowe pozostałe. Schody dosłownie, wszędzie schody, tysiące, miliony schodów. Mój plecak dawał się we znaki, jednak jest różnica czy niesie się rzeczy dla jednej czy dwóch osób. Czułam się jak zdychający emeryt. Obiecywałam sobie na każdym stopniu, że zadbam o swoją kondycję. Żadnych papierochów, żadnych wineczek, tylko basen, bieganie i sałatki. Szczególnie blado wypadałam przy Lilce, która śmigała 20 schodów w górę, a potem w dół, a potem znów w górę.

To było jeszcze niecałe 3000 metrów wysokości, a ja naprawdę nie byłam w stanie iść szybciej i fatalnie mi się oddychało. Rzutem na taśmę, tuż przed zmrokiem, dotarliśmy do pokrytego śniegiem Gorepani. Wraz z nami finiszował chłopak z matką. On mieszka w Katmandu. Teraz tylko mamę odwiedza, żeby dotrzeć do rodzinnej wioski, musi iść pod górę cały dzień. W Polsce takich wiosek nie mamy, oj nie.

Ruch duży na szlaku, co chwilę ktoś pytał gdzie nasi porterzy  i nasz przewodnik. Po usłyszeniu odpowiedzi z niedowierzaniem kiwali głowami. I Nepalczycy i trekkerzy. A ja się pytam o co kaman? No o co? Aż tak nieogarnięci ludzie jadą chodzić po Himalajach, żeby nic dać rady własnego plecaka dźwigać i nie potrafić skorzystać z mapy? To nie jest trudna trasa, niespełna ośmioletni dzieciak może zrobić ją w 3,5 dnia zamiast 5. Ojjjjj.

Znaleźliśmy domek z kominkiem, tzn na środku Sali stała beczka z rurą i pańcia rozpaliła nam ogień. A było mocno poniżej zera. W pokojach już było standardowo lodowato. Moje radykalne poglądy na temat codziennego mycia zaczęły się deradykalizować. Najdłuższe imprezy ich nie złamały, tygodnie włóczenia się po różnych górach też nie, a druga noc w Himalajach i owszem. Już sobie wyobrażam mycie powyżej poziomu obozu bazowego podczas wspinu na 8000 m… jasssne.

Powoli zaczynamy fantazjować o jedzeniu. Li i ja wyobrażamy sobie co zjemy w Polsce. Li nieśmiertelny gulasz z dyni, ja kapustę kwaszoną, warzywa, prawdziwą zupę ( oni tu myślą, że jak wrzucą pomidora do wody i ugotują, to już jest to zupa pomidorowa). Marie ma mięsne fantazje. Ale jak tylko zejdziemy… pójdziemy na taaaaaaką pizzę!

Poranek był jeszcze bardziej dramatyczny, awantura panny Li jeszcze dłuższa, na zewnątrz było jeszcze zimnej, a pańcia ognia nie rozpaliła. No i czekało nas wdrapywanie się na Poonhill. Dobrze, że poranne Słońce tak pięknie rozgrzewa, wszyscy wylegają przed chaty, wystawiają twarze do Słońca jak jaszczurki i łapią ciepło po nocy.

Poleciałyśmy z naszą Marie tempem emeryckim, wierzchołek wcale nie był tak blisko, jak się wydawało. Ale jak już poszłyśmy…

Jak można opisywać emocje słowami? Coś wybuchło! Te najwyższe góry świata było widać jak na dłoni. Niebo tak przejrzyste, że bardziej się nie da. I one takie dumne. To już nie to samo wrażenie, co tamta Annapurna zza chmur, bo teraz byliśmy znacznie wyżej. Ale emocje ogromne. Zobaczywszy Dhaulagiri poryczałam się prawie. Co za góra!

iDSC_0395

i2

i4

iDSC_0490

iDSC_0499

iDSC_0522

iDSC_0586

No to jeszcze troszkę w górę, a potem już w dół, dół i dół. Schody, dużo schodów. Każdy wie, że schody w dół mniej męczą, ale bardziej bolą. A teraz dołóżcie do tych schodów grubą, mocno wyślizganą warstwę śniegu. I jak to teraz wygląda? Wyglądało niebezpiecznie i takie w istocie było. Tyłki moje i Marie nieco ucierpiały. Li jak zwykle wykazała się ponadprzeciętną przyczepnością do podłoża.

Całą drogę, poza momentami, kiedy łapiemy się korzeni, żeby nie zlecieć w przepaść, gadamy o jedzeniu. Nasze fantazje są coraz bardziej soczyste.

I tak te przeklęte schody bolą aż do wieczora, do następnego schronu. Gdzie jest równie lodowato.

I gdzie umycie się chusteczkami jest wystarczająco dobre. Dzień czwarty to droga w dół, wszystko boli jak diabli, ale przynajmniej już nie jest tak zimno. Byle po tych schodach polecieć do najbliższej wioski z autobusami. Wiemy, że autobus odjeżdża o 13, biegniemy. Pytamy mieszkańców młócących zboże czy daleko do autobusu. 10 min. Ufff, zdążymy. Marie leci w samych skarpetach, w butach nie daje rady. Lecimy 20 minut. Autobusu ni śladu, ani choćby jakiejś drogi, po której mogłoby cokolwiek jechać. Pytamy następnych wieśniaków zanurzonych w łanach kwitnącego rzepaku. Do autobusu 10 minut. Taaaa jasne. Autobus odjeżdża za 20 minut,  a wokół nic, tylko pola i pola. Po 17 minutach wybiegamy  zza chaty prosto na drogę… a drogą sunie autobus. Co prawda odjechał 15 minut po, niemniej jednak uważam, że miałyśmy farta jak stąd w kosmos.

I pojechałyśmy do Pokhary i wyszorowałyśmy się. A potem żarłyśmy pizzę i następną i następną. A wcześniej przytrułyśmy się czymś w górach i teraz zapłaciłyśmy za to cenę. Tzn Marie i ja bo Li jak zwykle…  jak zwykle nietknięta.

Ale ta pizza, jej smak pewnie będę pamiętać for ever.

Jutro jedziemy do Chitwan. Z tym, że my do parku narodowego, a Marie na 10 dni medytacji w ascezie.

Marie potrzebny jest śpiwór. Już 20:00, wchodzimy do sklepu przy naszym hotelu. Wybieramy śpiwór, płacimy, pan podskakuje z radości i mówi, że już miał zamykać, ale dobrze, że nie zamknął, bo to jego pierwsza sprzedaż dziś. No to kupiłam Lilce plecak, a co mi tam. Podróba niczego sobie.

Jutro nadchodzi nowe, ciężko się żegna takie miejsca jak to. Mówię Wam.

Jutro Chitwan. No zobaczymy, zobaczymy…

iDSC_0618

iDSC_0626

iDSC_0630

iDSC_0633

iDSC_0635

You may also like...

2 komentarze

  1. Darek napisał(a):

    Dziewuchy gdzie wy tam w takie mrozy pojechały, a u nas wiosna, ciepełko… :))

  2. Darek napisał(a):

    No ale czego jak czego ale tych widoków to ja wam zazdroszczę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *