Ostatki w Goa i uroki Shantaram

Podziel się

Indie, Indie i po Indiach. Żeby zrównoważyć się i złapać dobro musiałyśmy udać się do Goa.

Zamieszkałyśmy w maleńkim domku na plaży. Kompletna antyteza podróży. Komercja 100%. Ależ mi to było potrzebne!

Świeże warzywa, kawa z mlekiem kokosowym i zimne piwo. To szczyt moich marzeń i pierwsza pomoc po 1,5 miesiącu włóczęgi.

Gdyby nie te kilka dni na plaży, przy ogniskach ze cudnymi Znajomymi, spędzonych na nic nie robieniu, nie byłabym w stanie wziąć tego z tej całej podróży, co wzięłam. Bo jak ryba wody, potrzebowałam przestrzeni do złapania dystansu. Przestrzeni, w której nikt mi nie robi zdjęć, nie wchodzi w moją strefę bezpieczeństwa, nie spóźnia mi autobusu, nie ściemnia, nie rzuca ton śmieci wokół, nie trąbi.

Bo to wszystko wyskakuje na pierwszy plan i trzeba zajrzeć wgłąb, żeby się zakochać. A do łapania dystansu potrzebowałyśmy Goa. I tak siedziałyśmy na tej plaży i poczułam ogromną wdzięczność. Za podróż, za to, że mogę tu być, że mogę oglądać świat i się nim zachwycać, za te wszystkie emocje i wachlarz doświadczeń. Za kolorowych ludzi i kolorowe sytuacje. Nie oddałabym tej wyprawy za żadną inną. No way. A po Goa – Mumbai…

Po sielance goańskiej, należało dostać się do Mumbaju. Żeby samolot nas poleciał do domku. Nocny autobus i skoro świt wychynęłyśmy na zewnątrz gdzieś na przedmieściach miasta.

Jedyną opcją godną było złapanie taxówki, wynegocjowanie ceny i tułanie się nią aż do wieczora, fajnie byłoby pooglądać Mumbai, ale ogromny plecak i równie wielka torba nie zachęcają.

Na szczęście pan taxi zaoferował rozsądne rozwiązanie, które z radością przyjęłam wrzucając torby do bagażnika…

cdn 🙂

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *