Złe dobrego początki? Johannesburg nie chce być gorszy.

Podziel się

Ze spuszczoną głową podreptałam za panem lotniskowym odebrać bagaż, który nie odleciał.

No tak, Emiraty starały się tylko nie dały rady- pomyślałam dobrodusznie, żeby nie powiedzieć- frajersko. A może spróbuję to załatwić sama? W końcu jestem pewna, że mam wszystkie potrzebne dokumenty. W końcu nie po to spędziłam godziny na wertowaniu przepisów, mailowaniu z ambasadami i konsultacjach z prawnikami. Ktoś dał zada – i tym razem z całą pewnością nie ja.

Dryyyyń dryyyyń – zaoceaniczny sygnał wybierania numeru zadźwięczał w słuchawce. Halo, ambasada Rzeczypospolitej Polski w RPA. Chyba nasze radosne państwo swoja najserdeczniejszą konsul wysłało do Pretorii, bo ogarnęła telefony do biur emigracyjnych w 30 minut. Nie, emiraty do nich wcześniej nie dzwoniły. Dało się? Dało. Tylko samolot poleciał. Linie lotnicze jako taki gest wielkoduszny, zaoferowały nam za dwa dni lot do Johannesburga. Urocze, dziękuję, zawsze chciałam zobaczyć największe slumsy świata. Nie, nie kupicie nam biletów do Kapsztadu? Same sobie musimy? O nie, nie. Ale tę sprawę ogarnę później.

Lecimy za dwa dni- może, na kilka godzin przed odlotem jeszcze potwierdzą, świetnie.

Przynajmniej zabiorę z domu trzy pasztety sojowe i pójdę z Lilą do kina na Vajanę. Zapomniałabym o bajecznej przejażdżce z lotniska do domu pksem- w dość letnim odzieniu.

„Nothing happens without a reason”- to jedna z tych złotych myśli, która pozwala trzymać głowę na powierzchni.

  1. grudnia- dzień świstaka. Wstajemy rano, zmywamy gary i znów wrzucamy plecak do wozu i znów przemierzamy tę samą trasę. Te same domy, znów tak samo Słońce mocno świeci. Powtarzamy z piętnaście razy, że oto nastał dzień świstaka, jednak z pewną nadzieją, że z chwilą podejścia do gejtu zamieni się on w zwykły, zwyczajny dzień.

Mamy wszystko. Paszporty, bilety, bilety na jakieś dziwne afrykańskie linie Mango, które mają nas dostarczyć do Kapsztadu. Z Johannesburga, którego wcale nie chcę oglądać. Ale on najwyraźniej chce oglądać nas, bo jakimiś dziwnym trafem nasze ścieżki zawsze przecinają miejsca uznane powszechnie za najbardziej niebezpieczne… Taka karma. Trochę szkoda nie dotknąć największych slumsów świata. A trochę nie szkoda. Na lotnisku pracownicy emiratów witają nas jak stare znajome. Idziemy przez odprawę, do gejtu i…  niespodzianka- do samolotu. Odlatujemy. Who can stop us? I kto nas teraz powstrzyma?

Minutowy przystanek w Dubaju z dzikim biegiem do właściwej bramki, a lotnisko tamtejsze jest doprawdy ogromne. I znów lecimy. Lecimy sobie do Afryki. W Johannesburgu włóczymy się kilka godzin po lotnisku zjadając cholernie drogie śniadanie. Sformułowanie ‚cholernie drogie odtąd staje się odtąd naszym nieodłącznym towarzyszem. Przed południem pakujemy zady do mangowego samolociku i z wniebogłosy- dosłownie- drącymi paszczę- dzieciakami wzbijamy się i – dalej przy akompaniamencie wrzasków- lecimy do Cape Town. Jak miło.

Pierwszy raz w naszej podróżniczej historii udało nam się znaleźć nocleg przez couchsurfing. To doprawdy urocze, zwłaszcza, że tu jest naprawdę ‚cholernie drogo’.

Doleciałyśmy. Ciepło, cieplutko, ciepluteńko. Szybkie oswojenie komunikacji miejskiej i jazda. Komunikacja dość futurystyczna jak na tkwiącą w głowach wizję Afryki. Nowoczesne dworce, perony z automatycznymi drzwiami wpuszczające do autobusów. Karty komunikacji z nabijanymi punktami jak w Londynie. Trafiłyśmy bezbłędnie- przy wsparciu ze strony google maps (30 min darmowego wifi na lotnisku).

Dzielnia ekskluzywna, widok na Atlantyk. Sami biali. Chata jak z pierwszych stron magazynu o designie. Z basenem. Kocham Cię couchsurfingu. No i host przemiły. Takie pierwsze razy to ja poproszę częściej. Chociaż okrutna prawda o couchsurfingu jest taka, że zarejestrowanych użytkowników jest multum, ale mało kto bywa tam regularnie, a to oznacza, że ciężko jest znaleźć nocleg bez mega wyprzedzenia. Ale udało się.
Sylwester. Zupełnie jak rok temu, prosto z samolotu. Padłyśmy jak muchy o 21:00.

Tylko o północy obudziły mnie strzały. Wojna cholera- pomyślałam. I co teraz? Co teraz? 3 sekundy później dotarła do mojego mózgu rzeczywistość. To tylko właśnie przeskoczyła kolejna kartka w kalendarzu. Cmoknęłam Lilkę w czoło i przytuliłam ciężki łeb do poduszki. Dobranoc.

Dnia następnego spałyśmy prawie do południa. Ooooo tak, tego mi było trzeba. To teraz należy ruszyć tyłki i na przykład wdrapać się na Górę Stołową. Komunikacja miejska, ścisk, bo to dzień wolny, wokół cmokanie, mlaskanie, kląskanie, Eureka! Toż to język klikany, gdzie niektóre litery brzmią mlasknięciami. Nazywa się xhosa- google it :-). Bajeczny.

Stoimy w autobusie, zerkam na twarze i myślę sobie, że oni wszyscy jeszcze wychowali się w apartheidzie. W świadomości, że oto biały pan i władca jest uprzywilejowany, a kolorowy motłoch niech żyje w gettach. Bez prawa do nauki, bez prawa do głosowania we własnych kraju. Te blizny muszą strasznie boleć. Wstyd mi. A apartheid królował w RPA aż do 1994 roku. Możecie to sobie wyobrazić? W końcu Nelsona Mandelę wypuszczono z pierdla i został wybrany prezydentem, gościu ma do dziś wielu fanów. Apartheid się skończył, a przepaść została.

Kraj mocno zachodnioeuropejski z bardzo zachodnimi cenami, a nawet bardziej. Kogo zatem stać na dobre życie tutaj? No kogo?

Slumsy i rodziny koczujące pod mostami w kontrze do super nowoczesnych rezydencji na wybrzeżu mówią co nieco.

Cień apartheidu leży nad Południową Afryką. I nie da się go nie dostrzec.

Góra stołowa. 1086 metrów nad poziomem morza. Niska. Jakoś przeoczyłam fakt, że właśnie jesteśmy na poziomie morza… No to dawaj Lilka, lecimy na czubek. Chociaż ciężko nazwać czubkiem coś, co ma kilka kilometrów płaskości na górze… Lilka się nabucowała i stanęła okoniem, że nigdzie nie idzie. Dobra, dobra. Wjechałyśmy wagonikiem, ale że było ‚cholernie drogo’ nakłoniłam młodą damę, żeby raczyła zleźć o własnych siłach.

Tak naprawdę to strasznie chciałam się ponapawać stadami kwitnących krzaków.

Ładnie tu tak. Bardzo ładnie. A droga w dół zabójczo długa i bolesna. Ale taka … kwitnąca.

RPA wybitnie bogate jest w rośliny kwitnące na niebiesko. Mniam.

Słaniając się zeszłyśmy na dół. No dobra, to ja się słaniałam. Dzieci to jakiś odrębny, niezniszczalny gatunek nadczłowieczy. Wokół noc. Kolejna reguła: zawsze w nowych miejscach objawiamy się nocą. Spaaaaaaać.

dsc_0023-copy
dsc_0035-copy

dsc_0041-copy

dsc_0050-copy

dsc_0065-copy

dsc_0084-copy

dsc_0098-copy

dsc_0100-copy

dsc_0102-copy

dsc_0107-copy

You may also like...

1 Response

  1. Matylda Górniak napisał(a):

    UMIERAM Z ZAZDROŚCI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *