Matka, córka, pingwiny, dwa oceany i uczta botaników

Podziel się

W zasadzie pierwotny plan wyprawy na Górę Stołową zakładał wejście na nią z jednej strony, a zejście do Ogrodu Botanicznego Kirstenbosch. Niestety górnolotne plany to sobie można mieć, jak ma się przyziemną zdolność ich realizowania. A jak, nie przymierzając leniwiec jaki, leżakuje się do południa to można najwyżej cmoknąć się w tutkę.

Nadal uważam, że plan był fenomenalny i wybitny i w ogóle się nie krępujcie, tylko wcielajcie go w życie. W każdym razie ogród nie dał się zobaczyć, a ogrody botaniczne to jedna z nielicznych rzeczy, którym nie potrafię i nie chcę nawet się oprzeć. Bo wiecie, fajnie jest zerknąć sobie na lwa czy słonia, ale rośliny to coś co wielbię, kocham, cenię, co mnie kręci najbardziej na świecie. Dobra, wiem, nie rozumiecie mnie. Wolicie słonie niż krzoki. Dobra. Mnie sporo czasu zajęło przyznanie się przed sobą, że całym sercem jestem botanikiem i już.

No i teraz gdzie bym nie była- szukam ogrodów botanicznych, znajduję i zapadam się w nie, zanurzam, obrzucam się nimi niczym dzięcioł czarny zeschłymi liśćmi.

A Kirstenbosch to jeden z największych ogrodów świata, wielbiący florę Afryki. Leży na zboczu góry stołowej i łączy się z rezerwatem. Sam ogród jest nieco podstarzały (urodził się w 1913 roku), a wiadomo, że ogrody są jak wino.

Wszystko super. Chcemy go zobaczyć. Bardzo. Niestety burżujskie Cape Town nie przewidziało, że ktoś by chciał tam komunikacją miejską dotrzeć… Na szczęście mama naszego hosta miała nastrój na rozwożenie zadów rezydujących w chacie syna i w ten cudny sposób znalazłyśmy się pod bramą ogrodu. Zapłaciwszy za wstęp- cholernie drogo- weszłyśmy do innego świata.

Bogactwo gatunków i kolorów. I przestrzeń! Na trawnikach- niewyobrażalni miękkich złożonych z jakiś kosmicznych traw- rozłożeni ludzie kocach obstawieni garami i całymi zestawami naczyń. A wokół nich rośliny, całe mnóstwo. I ptaki. No chłopaki- i dziewczyny- potraktujcie zdjęcia na blogu jako quiz znajomości fauny i flory. Dareczku, co to za ptaszyna?

Lilka też ogrody botaniczne uwielbia, więc nieokiełznaną radością biegała od krzaka do krzaka.

I jak to ona, wyszukiwała najbardziej apetyczne smakołyki. Jak choćby dwa puchacze afrykańskie (Bubo africanum) przycupnięte na gałęzi- chyba najmniejsze puchacze świata.

Wykryła też krzok o nazwie Sugarbush (Protea), przy kwiatach którego zwykle uwijają się Dudkowce kafryjskie, zwane tu sugarbird. Tym razem tylko przemykały między drzewami.

Kręciło się też wszędzie pełno nektarników (Sunbird)- to taka afrykańska wersja kolibrów.

I zrobili ścieżkę- taki długaśny pomost w koronach drzew. Zrobię to w moim ośrodku przyrodniczym- one day. O takiej ścieżce lata temu, na studiach, z wypiekami na twarzy opowiadał jeden z moich doktorów. Też taką chcę!

I szklarnia- z niewalająca- z kawałem pustyni i baobabem na środku. Mmmmmmmm. Ten ogród jest dobry.

Obejrzałyśmy, wracamy. Trzeba taxówką, ale że są cholernie drogie, to wkitrałyśmy się jakimś dziewczynom z hameryki do ich taksy. Chyba zrobiło im się nas bardzo żal bo zapłaciły cały rachunek. Uczę się brać bo grzecznie podziękowałam, zamiast gonić je przez pół miasta wymachując banknotami.

A jutro z hostomamą i hostocórką jedziemy na pingwiny. Ależ mamy farta!

dsc_0111-copy

dsc_0110-copy

dsc_0106-2-copy

dsc_0095-2-copy

dsc_0082-2-copy

dsc_0078-2-copy

dsc_0077-2-copy

dsc_0074-2-copy

dsc_0063-2-copy

dsc_0047-2-copy

dsc_0027-2-copy

dsc_0006-2-copy

Z jednej strony Przylądka Dobrej Nadziei Atlantyk ma 16 stopni, a z drugiej silny wpływ Oceanu Indyjskiego sprawia, że jest cieplej o jakieś 4 stopnie. Objechałyśmy calutki. Co za widoki! Co za klify! W Polsce takich nie dają.

Co za magia, uczyć się w podstawówce o Przylądku Dobrej Nadziei, a potem po nim łazić!

Na deser były i pingwiny! Niestety w miejscu komercyjnym i … cholernie drogim. 10 minut spaceru po kładce rezerwatu 100 randów za nas dwie. Ale co zrobić, korzystałam z uprzejmości hostomamy, nie mogłam Jej przez krzaki przeciągnąć.

Trafiłyśmy do Simon’s Town, gdzie Pingwiny przylądkowe mają swoją imponującą kolonię. Leżą wygrzewając się na piasku, wyskakują z oceanu, ślizgają się na brzuchach, a potem maszerują kołysząc się na boki. Słodkie jak cukierki maszynki do zabijania ryb. Ale mają w sobie nieco romantyzmu bo łączą się pary na całe życie.

I tak siedzą i wzdychają do siebie wydając ośle odgłosy.

A w piątek jedziemy do Namibii. Pustynio! Przybywamy!

dsc_0052-3-copy

dsc_0002-3-copy

dsc_0050-3-copy

dsc_0038-2-copy

dsc_0047-3-copy

dsc_0023-2-copy

dsc_0034-2-copy

 

You may also like...

1 Response

  1. Darek napisał(a):

    Jak dla mnie to to jest muchołówka szara. Phi, u nas też są takie, tylko ładniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *