Matka i córka po dro… bezdrożach Namibii

Podziel się

Należało zmienić lokum na płatne. Ostatnie chwile nadoceaniczne spędziłyśmy na macaniu oceanu. No bo być nad Atlantykiem i go nie dotknąć? To jest wiedza, której łaknę, dotykowa, zapachowa, realna. Bo co z tego, że w podstawówce oglądaliśmy mapę. Że tu oto jest Atlantyk. Nie uczyli jaki jest w dotyku, jak jego fale rozbryzgują się o skały, że w ogóle jest tu tyle skał i klifów.

Jak żeglarze opływali Przylądek Dobrej Nadziei, zaczynali mieć nadzieję właśnie, że dotrą do Azji.

I Lilek tam był i ja tam byłam. I jest w tym magii co niemiara. Zobacz córeczko, to są góry wulkaniczne, od razu widać, płasko wokół, a te z fałdowań- to też widać. I młoda to wie, bo widzi, bo dotyka, bo wdycha ich zapach. Wie jak pachnie Afryka i jak peeling robią piaski Namibii.

No ale po kolei.

Jaki jest Atlantyk? Lodowaty. Brrrrrr. Bezdomni piorą ubrania przy brzegu, jeden z nich polewa wodą zbłąkaną fokę. Taki odruch serca. Obok dzieciak rozrywa rozgwiazdę na kawałki.

„Mamo, dlaczego litują się nad jednymi zwierzętami, a drugie mordują dla zabawy?”

Może nie wiedzą…

Pakujemy się i na dwie noce zmieniamy dzielnię na podmiejską. Z normalnymi slamsami za płotem i wrzaskami w nocy. Pranie, gotowanie, jedzenie- na zapas. Przewalanie się w czystej pościeli do … wieczora. Nocleg z airbnb- bardzo domowo, dobrze.

Rano pakujemy zapasy kranówy, trochę owoców i wsiadamy do luksusowego autobusu do Namibii. Przewiezie nas przez granicę. Oby. Na samą myśl o walce z urzędnikami cierpnie mi skóra.

Autobus, którym jedziemy to w ogóle niezła historia, jedyny w swoim rodzaju. Jak szukałam biletów w internetach rzeczywiście na stronie przewoźnika widniał napis, że preferują chrześcijan. Ale tak bardzo mi się to w głowie nie mieściło, że uznałam, że czegoś nie rozumiem najwyraźniej.

Zapakowałyśmy się do pojazdu (czy jest pani pewna, że ma pani wszystkie dokumenty potrzebne?- pyta kierowca. Ja już niczego nie jestem pewna). Z sufitu wystają ekrany i zaczynają się za nas modlić. Twarz wystawia pani pastor i karmi nas opowieściami biblijnymi. W przerwach lecą filmy- o objawieniach. I tak 12 godzin. Ratunku! Zawsze byłam antyreligijna, ale jak tak dalej pójdzie to stanę się wojującą antyreligionistką. Granica. Wylewamy się z busa, sprawdzają, trzepią bagaże, wlewamy się. Nie jesteśmy już w RPA, nie ma nas jeszcze w Namibii. Jak nas nie wpuszczą to będziemy w jaśnie dupie. Przejeżdżamy kilkadziesiąt metrów. Kilkaset może. Wylewamy się i od nowa. Przepuścili. Uffff.

Znów do autobusu, przemierzamy Namibię. Koło północy autobus wypluwa nas pośrodku niczego, gdzie mamy camping. Stąd niby powinno być dobrze dostać się do Fish River Canyon. Rozbijamy namiocik na twardej jak skała ziemi. Nie, nie mamy karimat, kto by to nosił. Noce są zimne. Przed południem ruszamy w kierunku drogi do kanionu. Łapanie stopa jest dość groteskowe, bo tu nic cholera nie jeździ. W sumie nie dziwię się, przez kraj leci chyba jedna droga asfaltowa, a dalej pioch i pioch. Poddajemy się, Niemka- właścicielka campingu mówi, że w miasteczku oddalonym o 150 km można wynająć samochód. Desperacja sięga szczytu Mont Everestu. Zmieniamy kierunek. Nie jesteśmy jakoś szczególnie rozchwytywane, zresztą nie bardzo kto ma nas rozchwytywać. W końcu zatrzymuje się minibus, muza nawala, jedziemy do Keetmanshoop. A w Keetmanshoop gówno prawda, kolejne zazadzie, wynająć to można pokój za 300 zł.

Nic dziwnego, że 90% turystów to Niemcy. W końcu jakieś dziewczę zaproponowało, że nas zawiezie, za kupę, a raczej KUPĘ kasy oczywiście. Co zrobić… jak nie pojedziemy – będziemy żałowały. No to pojedziemy. Zbankrutujemy w tych krajach z pewnością. Nasz kenijski standard, czyli 100 zł na dobę, nie ma tu żadnej racji bytu.

150 km do kanionu. Jedziemy ułożone piętrowo na jednym fotelu. Kanion ładny zupełnie taki, kształtny całkiem. Zimą można tu strzelić sobie pięciodniowy treking. Eeeee, chyba nie chciałoby mi się. Nawet zimą. Wokół rzadkie zarośla, kilka dni temu padało, spomiędzy kamieni wychylają się kwiaty, a krzoki zielenieją. Między krzakami wyrastają monumentalne „trąby słoni” – palmoidalne drzewa. I góry wszędzie i tak czerwone, w słońcu czerwienieją jeszcze czerwieniej.

I springboki, oryksy, strusie i zebry. I jeszcze dwa szakale. Oczywiście, że wszystkie wykryła Lilka.

W bagażniku mamy babcię, wnuczkę i koleżankę- czyli na wycieczkę nadprogramowo pojechało pól rodziny babeczki. I spoko, tyle, że jak dobiłyśmy do campingu babcia zrobiła awanturę, że oto ja powinnam zapłacić za wstęp całej rodziny do parku z kanionem. Ooooo spadaj babciu, to mnie wkurzyła. Robienie białasów w ciula jednak na całym czarnym lądzie jest popularne psia mać.

No ale huk tam, dotarłyśmy do campingu z basenem. I trawa nawet jest. I cień. I cenę stargowałyśmy naszego maleńkiego namiociku. Nadal jest cholernie drogo. Ale mniej cholernie niż chwilę wcześniej. Zostajemy tu dwie noce, bo dzieciak mi nie wyrobi tego pustynno-autobusowego trybu.

I tak oto siedzimy nad basenem, w basenie i przy basenie. Pijemy zimną kranówę, jemy splaśnione banany i zastanawiamy się skąd wziąć obiad. I jak dotrzeć do wydm Sossusvlei i wioski Himba w kraju, w którym nic nie jeździ, nie ma dróg, nie ma autobusów, stopa łapie się gorzej niż źle, najbliższa wypożyczalnia samochodów jest w Windhuk, gdzie i tak nam pewnie samochodu nie dadzą, bo mamy nieprzetłumaczone prawo jazdy. Zatem dziś researcher to moje drugie imię. Ciao.

dsc_0063-copy

dsc_0088-copy

dsc_0192-copy

dsc_0187-copy

dsc_0102-copy-2

dsc_0100-copy-2

dsc_0193-copy

dsc_0114-copy

dsc_0110-copy-2

dsc_0187-copy

dsc_0172-copy

dsc_0158-copy

dsc_0157-copy

dsc_0143-copy

You may also like...

1 Response

  1. Joa napisał(a):

    Czy Ty aby nie przesadzasz? Naliczyłam trzy samochody na Twoich zdjęciach! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *