Stopem przez pustynię

Podziel się
  • Hał hał hał. Odszczekuję. Słyszycie?

Po całodziennym researchu doszłam do wniosku, że niczego się nie da znaleźć. To wbrew pozorom dobry wniosek, bo traci się jakieś sztuczne koła ratunkowe. Mamy zobaczyć pustynię i wioskę Himba. Nie ma tam transportu, nie ma wycieczek za cenę dla Europy wschodniej. Nie ma niczego. A to znaczy, że radzimy sobie jak umiemy i właśnie, że damy radę!

Siedziałyśmy sobie nad basenem, podjechało małżeństwo emerytów, rozłożyli namiot, ustawili stolik, dwa krzesełka, zapalili lampę i zasiedli. Urocze. Mówię do Lilki:

-jak będziemy bogate, to sobie też tak wypożyczymy samochód i będziemy jeździć…

Lilka zaprotestowała:

  • Nie! Nie chcę, żebyśmy były bogate!

  • To lubisz jak tak nam nic nie wychodzi?

  • Mamo, nie nic, tylko PRAWIE nic. Poza tym wiesz, z jednej strony to fajnie jakbyśmy były bogate, bo byśmy miały dom na wsi, konie i krowy. A z drugiej to ja właśnie tak podróżować najbardziej lubię, jest tyle niespodzianek i problemów, a ty i tak coś zawsze wymyślisz i to jest super.

I po motywacji to zdobycia fortuny. Psia kość.

Rano łapiemy stopa do miasteczka. Sukces wyjątkowy bo machamy łapkami może 10 minut, podwozi nas  konsul, czy jak tam się do tłumaczy na polski… Szalenie miły facet, zresztą jako sportowiec był kiedyś w Polonii. Spotkanie numer jeden tego dnia- smakowite.

W Keetmanshoop wciskamy się do busika, no wiecie, tego szaleńczo pędzącego po drogach ze świetnymi głośnikami. Dojeżdżamy do Mariental, doprawdy niebywałe, ze ktoś takie dziury umieszcza na mapach… Uwidziało mi się, że to dobra droga do Sesriem- a Sesriem to brama do wydm pustyni Namib. W Mariental okazało się, że to wcale nie jest dobra droga, bo prawie nic nią nie jeździ i generalnie umarł w butach. Co to to nie, może i nic nie jeździ, ale i tak damy radę.

I zabiera nas na stopa właściciel lodgy oddalonej o jakieś 400 km (tyle chłopak musi przejechać, żeby shopping zrobić). Jedziemy, gadamy, opowiada o swoim życiu tu, o swoich wyborach życiowych, o tym, że to właśnie jest jego miejsce na Ziemi. Cyklu spotkań ciąg dalszy. Jedziemy tak z 200 km, a z obu stron drogi ogrodzenia. Otóż jak biali zmajstrowali tu swoje kolonie, powiedzieli rodakom: „hej białasy, jeśli osiedlicie się na nowo zdobytych ziemiach, to możecie dostać tyle gruntu, ile jesteście w stanie ogrodzić”. No to grodzili i grodzili i grodzili … i ogrodzili od groma i ciut ciut. Zresztą u nas na 5. ha można małe stadko krów wyżywić, a tu na jedną musi mieć przynajmniej tyle. Ziemia tu naga taka, tu i tam kępki… chciałoby się napisać, że trawy, ale to w dotyku przypomina yyyyy… kolczaste, zeschnięte trzy sezony temu siano…

Jakoś dziwnie mi, jak spotykam białego człowieka, który mówi, że jest Namibijczykiem albo Southafrykaninem. A przecież biali skolonizowali te ziemie w XVII wieku, zatem to już ładnych parę pokoleń…

Dojeżdżamy do dziury pośrodku niczego. Nad niczym góruje wieża kościółka. Wóz wypakowany ludźmi, zaprzęgnięty w dwie szkapy, którym można było policzyć wszystkie żebra, powoli sunął piaszczystą drogą. Piaszczystą, bo asfalt właśnie się skończył. Do celu zostało ze 300 km. A obsługa stacyjki benzynowej z pobłażaniem pokiwała głowami, mówiąc, że chyba zostaniemy z nimi na zawsze. Poziom desperacji zaczął się podnosić, łakomie zerkałam na wszystko, co przemykało drogą i nie było osiołkiem. Po jakimś czasie nawet osiołki stały się kuszące.

Siedzimy nieco zrezygnowane między kiblem, a kiblem w unoszących się kiblowych oparach. Pod dystrybutor od strony, w którą zmierzamy, zajeżdża minibus. Wykracza z niego człowiek koloru białego. W kapeluszu khaki i koszuli oliwkowej albo odwrotnie. Chciałoby się rzec- muzungu jak się patrzy. Fajny, tylko szkoda, że jedzie w zupełnie złym kierunku. Nawet chyba na powitanie rzuciłam coś w stylu „hej, jedziesz w zupełnie złym kierunku”. I gadka szmatka w języku angielskim, dokąd jedziecie, od słowa do słowa, skąd jesteście, Poland.

Nagła zmiana języka na jakiś mmmm nasz. Oto zjawił się przed nami wycieczki polskiej pilot we własnej osobie. Trzy razy oczy przetarłam ze zdumienia, a Lilka swoje wybałuszyła dokumentnie. I to najzabawniejsze uczucie, kiedy Polak z Polakiem produkują się jakiś czas w obcym narzeczu zanim złapią wspólną perspektywę. Otóż polska wycieczka jechała trochę tam, dokąd my, tzn tylko do pewnego momentu. A najmilsze było to, że nie mając miejsc w busie, zgarnęli nas na kilkaset wspólnych kilometrów. Piękne spotkanie. Dla takich spotkań się przecież podróżuje. Dziękuję kochani.

I te widoki po drodze coraz bardziej pustynne… bakcyl podróżowania znów poczuł się bezpiecznie i rozemocjonowany skacze jak wściekły królik, albo całe stado nawet.

Dojechaliśmy do kilku budynków pośrodku niczego. I tu nasze drogi się rozeszły. No cóż, noc blisko, jeszcze 130 km do zrobienia i jesteśmy na końcu świata. Całe szczęście, że te kilka budynków to restauracyjka z campingiem- w razie czego.

Targam nieprzyzwoicie wypchany plecak na środek … eeee… drogi? Zajmujemy pozycje bojowe, jedzie – o dziwo- samochód. Wyciągam kciuka, przejechał. Zawrócił. Zabrał nas. Do celu. Małżeńtwo southafrykanów w kolorze białym, wyemigrowane do Australii. Ptakopasjonaci, cudni.

Nie dość, że dowieźli nas do Sesriem bezdrożami, podstawili pod bramę parku narodowego, to jeszcze obiecali, że rano nas zabiorą w głąb tegoż parku (bo sprytnie od bram do wydm trzeba jechać 60 km… ) .

Wtaszczyłyśmy manele na camping. Załoga z niedowierzaniem słuchała opowieści o naszej podróży, bez której (opowieści, a nie podróży) nie chcieli nas wypuścić. Takich dziwadeł jeszcze nie widzieli.

-”Naprawdę jesteś z Polski? Dziwne bo Polacy są tacy okropni, a ty taka miła”.

No i tak… rodacy nie róbcie wiochy w świecie szerokim, bo jak tak dalej pójdzie, to będzie mi głupio mówić skąd jestem i brać na siebie odpowiedzialność za wszystkich buców i chamów z Polski.

Rozbiłyśmy nasz mały namiocik pod akacją. We dwie działamy mistrzowsko! Drugiej takiej drużyny nie ma na całym świecie, bankowo. Myk myk i gotowe. Ba, nawet popływałyśmy w basenie. Basen pośrodku pustyni! Nie, to nie była fatamorgana. W ogóle poziom funkcjonowania bazy noclegowej w Namibii zachwyca. Czysto, łazienki świetne, zresztą często to są całe stanowiska campingowe- czyli namiot dostaje przydzieloną przestrzeń z własną łazienką, grillem, podpięciem do prądu i często zadaszeniem. wi- fi też prawie wszędzie jakieś jest.

Usiadłyśmy przy stoliku, wciągnęłyśmy chińską zupkę, a tuż przed nosami przebiegł nam oryks.

Przed świtem trzeba wstać, żeby zobaczyć Namib w promieniach porannego Słońca.

Zaganiam Lilkę do spania, ale stawia opór:-”o nie mamo, ja nie mam problemów ze wstawaniem rano, to ty ciągle włączasz drzemki w telefonie”. O 5:30 rano śpiewała inaczej- przez sen jeszcze: „Sorki mamo, jednak nie jestem w stanie”- i siup zakokoniała się w śpiworze i po gadce.

Po długiej i męczącej walce złożyłyśmy namiot i wyszłyśmy. Nasi znajomi wrzucili nas do wozu i ruszyliśmy.

I jak tu opisać słowami czerwoną pustynię, błękitne, przyprószone chmurami niebo, kikuty drzew sterczące z piaskowych zasp. I spacerujące wszędzie oryksy, springboki, szakale…?

I ten bezmiar pustyni. Brak początku i końca. Świadomość swojej własnej małości. No i tego, że jakby samochód się rypnął albo nie istniał w ogóle, to mamy po 200 km pustyni we wszystkie strony. Słońce z każdą chwilą przypieka mocniej i mocniej. Wyobraźnia sama podsuwa dramatyczne scenariusze. Zabawa kwaśnymi myślami. Włazimy na wydmę nr 45, oglądamy dead lake, wracamy zaliczając 10 min w basenie. Nasi znajomi dowożą nas do cywilizacji jakieś 300 km. I tak lądujemy niespodziewanie nad Atlantykiem.

Odszczekuję to, co mówiłam o podróżowaniu stopem po Namibii. Tyle dobrego dostałyśmy od świata, tyle piękna nam świat pozwolił zobaczyć i dotknąć.

No i przejechałyśmy stopem z naszym namiocikiem pół Namibii- przez pustynię- brzdęk- weszłyśmy na wyższy level. Czy ostatnio mówiłam, że nie cierpię podróży? Kłamałam.

A teraz jeszcze tylko upolujemy welwiczję i ruszamy na północ- odnaleźć wcale nie zagubionych Himba. Ciao.

dsc_0239-copy

dsc_0274-copy

dsc_0279-copy

dsc_0293-copy

dsc_0302-copy

dsc_0307-copy

dsc_0313-copy

dsc_0323-copy

dsc_0329-copy

dsc_0335-copy

dsc_0344-copy

dsc_0355-copy

dsc_0373-copy

dsc_0376-copy

dsc_0386-copy

You may also like...

1 Response

  1. m napisał(a):

    Cudowne opowieści, cudowne dziewczyny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *