W krainie Himba

Podziel się

Panna Lila kiedyś, czytając jedną z podróżniczych książek, a może oglądając jakiś program, powiedziała, że koniecznie musi pojechać do Namibii, żeby poznać Himba.

Tak mocno zafiksowała na tym pomyśle, że jakiekolwiek inne pomysły spotykały się z głośnym protestem. A Lilki protesty nie przypominają szemrania nizinnej rzeki, raczej łomot wodospadów Wiktorii. Każdy, kto je słyszy wie, że jakakolwiek dyskusja nie ma większego sensu. Zatem, gdy w tamtym roku okazało się, że nie stać nas nawet na bilet samolotowy do Afryki, a co dopiero całą podróż, słodka siedmiolatka zamieniła się w potwora. Z czasem- z trudem- pogodziła się z tym, że polecimy do Indii. Biedactwo. W tym roku nie było odwrotu- musi być Afryka i musi być Namibia. Huk tam, że dla nas to trochę zastaw się, a postaw się. Dotarłyśmy do RPA, dotarłyśmy do Namibii, a Namibii wszystko mówiło: nie macie szans dostać się do Himba, tu nie ma komunikacji. Wysłałyśmy mnóstwo maili z pytaniem: hej, jak tam dojechać. I dostałyśmy mnóstwo odpowiedzi: musicie wypożyczyć samochód. Tiaaaa. Ale trochę się poplątałyśmy po kraju, pojeździłyśmy zdobyłyśmy trochę praktycznych umiejętności. Takich, o których nie czyta się w poradnikach Lonley Planet. Doprawdy zastanawiam się po jaką cholerę one są, koniec końców stały się przewodnikami dla Europy Zachodniej. Komunikacja tu istnieje- od miasta do miasta, czasem są to mini busy, a częściej prywatne samochody osobowe, które ustawiają się rano w autochtonom wiadomym miejscu i zbierają podróżnych jadących do wspólnego celu. Trzeba tylko wiedzieć gdzie w danym miasteczku zbiera się wesoła ferajna. I wszystko staje się łatwiejsze.

Z Otjiwarongo tak właśnie miałyśmy jechać do Opuwo- królestwa Himba. Zapamiętanie nieszczęsnych nazw miejscowości graniczy dla mnie z cudem, ponieważ wszystkie zaczynają się na „o”. Lokals pokazał nam odpowiednie miejsce, nawet znalazłyśmy dwa auta zmierzające do naszego celu. Tylko musiałyśmy poczekać, bagatela, dwie godzinki, aż się wypełnią. I tak podpierałyśmy drzewa i murki pod stacją benzynową o wątpliwej urodzie. Tuż przy ulicy dział się targ, taki mały, codzienny. Sześć stoisk z mięsem suszonym i jedno z winogronami. Suche kawałki mięsa powiązane sznurkami do snopowiązałki smętnie wystawały z blaszanych misek. Chociaż, jakby tak się uważniej przyjrzeć, to w tych miska aż roi się od życia. Roje much obsiadają wyschnięte mięso licząc na to, że i im coś skapnie. A może korzystając z nieuwagi sprzedawczyń próbują rzucić tam kilka subtelnych jajeczek… I dać szanse nowemu pokoleniu. Hmmm.

Winogron też nie chcemy. Czekamy wygniatając chodnik. W końcu ruszamy objeżdżając okoliczne slumsy. A w zasadzie to dlaczego slumsy? Kto i na jakiej podstawie określa coś slumsem? Dla nich to po prostu domy, tyle że bez basenu i nie wille. Maleńkie domki z blachy i byle czego gęsto rozsiane na ogromnym połaciu ziemi. Wokół każdego domku ogrodzenie. Czasem z palet, czasem z patyków. Na niektórych chatkach tkwią wypłowiałe, obdrapane szyldy: „fryzjer”, „bar”, „sklep”.
Jedziemy dalej, mijamy osady i miasteczka i płoty, wszędzie płoty farmerów. Dopiero jakieś 100 km od celu pokazują się pierwsze chaty z ziemi i krowiego łajna. Wcześniej tylko blacha i blacha. W sam raz, żeby się usmażyć w gorącym, afrykańskim Słońcu. Między chatkami, pod zadaszeniami, rozsiadają się ludzie Herero. One w okazałych sukniach i rogach obleczonych tkaniną na głowach. Oni w obdartych ciuchach prosto z zachodu.

Wjeżdżamy do Opuwo. Jak do innego świata. Wolne ziemie Himba. Himba są wszędzie, czerwone ciała pokryte równomiernie ochrą, pęki włosów pokryte gliną z puchatymi końcówkami. Kuse spódniczki. Piersi wystające spod naszyjników. Bransolety. Dzieci dyndające na plecach w skórzanych nosidłach. Niektóre kobiety zawinięte są w tkaniny. I większość mężczyzn nosi się po europejsku. Znak czasu. Himba są wszędzie, drogami poruszają się ciężarówki wypchane Himba. Takie lokalne taxówki. Wiadomo, taka cena mieszkania na zadupiu, jakoś muszą tam dotrzeć jak skończą biznesy w mieście.

Himba.W zasadzie ovahimba (znów ta niezrozumiała dla mnie miłość do literki „o”- oznacza lud żebraków). Mieszkają tu, w Kunene, który kiedyś nazywał się Kaokoland. Północ Namibii. Gorąco,górzyście i do domu daleko.

Jakiś czas temu Himba wydzielili się z Herero. Obie te grupy poszły różnymi drogami. Obecnie zarejestrowanych Himba jest ok. 95 tysięcy. Sporo. Herero jeszcze więcej.

W Kunene żyje jeszcze trzecia grupa. Ovatemba. Ale wokół Opuwo są wolne ziemie Himba.

Dojechałyśmy do ekskluzywnej lodgy, która ma na swoim terenie nieco mniej ekskluzywny kemping, ale za normalną cenę. Tyle tylko, że po wifi trzeba iść kawał do nieprzyzwoicie drogiej- jak na nasze standardy- restauracji. Ale ale jest coś jeszcze kuszącego- basen z nieziemskim widokiem. I tam właśnie spędzamy czas. Z kilkugodzinną przerwą na wizytę w wiosce Himba.

I tak oto o 7:30 rano marzenie Lilki zaczęło się spełniać. Pojechałyśmy 20 km za miasteczko. Busz, zielone zarośla złożone głównie z mopane. Mopane tu, mopane tam. Mopane wszędzie. I termitiery. Mnóstwo springboków, oryksów i guźców i zebr. Zieloność liści odcina się od żółtawej szarości ziemi. Tu i tam błyska czerwień. Pora deszczowa, święto życia i urodzaju. Drogę przecinają co i rusz sezonowe rzeki, na szczęście dziś ani wczoraj nie padało. Przed nami pojawia się zagroda z grubych gałęzi, wewnątrz duży plac i kilka domków z gałęzi obłożonych krowim łajnem. Chaty kryte strzechą, ale mimo silnego przywiązania do tradycji, Himba przykrywają niektóre domy folią.

Grubą, czarną, porwaną i szeleszczącą na wietrze. Taka osada to tylko kawałek wioski, jest jeszcze nieopodal 11 innych.

Chata z patyków i gliny. Przed nią palenisko, na palenisku zupełnie porządne żeliwne garnki. Facet himba-nie-himba badylem miesza paciaję kukurydzianą. Czemu no-himba? No himba himba, tylko ubrany w spodenki i t-shirt, a raczej to, co z nich zostało. Kobiety są tym, co trzyma tradycję za jaja. A mężczyźni… cóż… tak samo jak Herero, znaczna część z nich ciuszki tradycyjne przywdziewa jedynie na imprezy.

Pod chatką okazała kobieta z dwumiesięcznym dzieciaczkiem przy okazałej piersi. Witają wszyscy przeszkoleni: moro moro. Dzieci wyciągają łapki. Mamy tłumacza, bez niego nie ogarnęłybyśmy 3/4 z tego wszystkiego.

Opowiada o tym co, jak i po jaką cholerę. Ile mają lat i że w zasadzie nie wiadomo. A czasem wiadomo, jak do szpitala trafią na przykład. Że coraz częściej kobitki idą rodzić dzieci w szpitalach. Że wtedy dzwoni ze swojej komóry ładowanej solorami albo w mieście (chyba trzyma ją w fałdach skórzanej spódniczki). Że niektórzy Himba wybierają życie miejskie.

Siedzimy, słuchamy, gadamy. Zbiera się wokół więcej kobiet. Przyglądają nam się. Chcą wiedzieć ile mam dzieci i gdzie mąż nieszczęśnik, czy może zmarł. Nie chcąc tłumaczyć zawiłości, przytaknęłam. Pani pokiwała ze zrozumieniem głową. Ups, brzydko pani Aniu kłamać.

Jakbym miała bransoletki z drutu na nodze, przechodziłby przez nie jeden pionowy pasek- jeden dzieciak. Anna 22- letnie dziewczę – matka 9-miesięcznego dzieciaczka, którego trzymam na łapkach (zwróćcie uwagę na rozmiar tego dzieciaka, toż to max 62 cm)- pokazuje nam czym się okadzają, jak smarują się ochrą. No wiecie, Himba się nie myją. Nie, nie śmierdzą, wręcz przeciwnie, całkiem przyjemnie ziołowo pachną.

Na placu zbiera się mnóstwo kobiet, zobaczyły samochód, zwęszyły biznesy i przyszły wcisnąć nam rękodzieło. Siedzą, czekają, niecierpliwią się. Przecież jak podejdziemy to nas zeżrą.

Nie zeżarli. Kupiłyśmy trochę ziółek i bransoletki. Cel osiągnięty, marzenie spełnione. Ledwie się jedno spełniło, a Lilka już snuje nowe plany, masakra. Jutro jedziemy do Otjiwarongo.

DSC_0388 (Copy)

DSC_0389 (Copy)

DSC_0397 (Copy)

DSC_0405 (Copy)

DSC_0410 (Copy)

DSC_0412 (Copy)

DSC_0413 (Copy)

DSC_0415 (Copy)

DSC_0420 (Copy)

DSC_0422 (Copy)

DSC_0425 (Copy)

DSC_0430 (Copy)

DSC_0432 (Copy)

 

You may also like...

2 komentarze

  1. WomanFromForest napisał(a):

    Z chęcią wybrałabym się w tamte rejony 🙂

  2. WomanFromForest napisał(a):

    Z chęcią wybrałabym się w tamte rejony 🙂
    http://www.womanfromforest.blogspot.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *