Namibia po raz ostatni

Podziel się

Podchodzimy do namiotu, delikatny szelest liści każe odwrócić wzrok. Między kamykami sunie wąż niespiesznie. Co kilkanaście centymetrów odrywa głowę i jeszcze trochę siebie i orientuje się w sytuacji. Sunie dalej. Śliczny, z 1,5 metra długości, talia modelki, gustowny pasek z boku. Brak instynktu samozachowawczego każe mi skoczyć po aparat. Nim tajemniczy jegomość zniknął w buszu, zdążyłam pyknąć byle jakie zdjęcie.

Pytam lokalsa czy ów wąż jadowity jakiś jest i podsuwam mu wyświetlacz aparatu pod twarz. Przygląda się, przypatruje, w końcu macha ręką gestem lekceważącym: „Jadowity, ale nie zabić”. No to luz. W takim razie to nie ten gatunek, który zasypia przytulony do jakiegoś źródła ciepła na przykład śpiącego człowieka. Grunt, że nie zabije. Nie to, co pająk, który żyje na pustyni Namib, z której właśnie wróciłyśmy. Siedzi sobie niepozornie zagrzebany w piasku i dups, nóżka na piaseczek, pod piaseczkiem pajączek. Haps i człowieczek, nóżki właściciel dość szybko powiększa grono aniołków. W mordę jeża, jakie to szczęście, że o tym sukinkocie przeczytałam już po powrocie. Zresztą wygooglałyśmy go przy okazji dostrzeżenia nad naszymi głowami pająka wielkości małego szczura. Podczas gdy ja biegałam wokół obmyślając plan eksmisji jegomościa, Lilka ze stoickim spokojem wklepywała w googla hasło :”jadowite pająki Namibii”. Była to jedyna noc, którą w Namibii spędziłyśmy pod dachem. Lało bardziej niż zwykle.

Ale teraz jesteśmy w Opuwo. Idziemy spać z wężami czy bez. Rano wracamy do deszczowego Otjiwarongo. Po pierwsze- bo tędy prowadzi dalsza droga do Zambii- ba, nawet z opcji łapania stopa przejdziemy na nasz ulubiony, chrześcijański, długodystansowy autobus. A po drugie, bo tam krzyżuje się nasza droga z trasą Dawida, którego spotkałyśmy rok temu w Indiach, to i teraz wypadałoby browarka jakiegoś w tak doborowym towarzystwie chlapnąć.

O taaaak, należy się wyspać. Dziewczę z załogi dobrodusznie obdzwania znajomych i znajduje kogoś, kto nazajutrz jedzie do Otjiwarongo. Pewnie koło 10 wyjedziemy. Zasypiam i radością myślę o przewalaniu się w śpiworze do 9:00. Nie żeby to jakiś super luksus był, bo nie mamy karimat, a busz z zasady jest kamienisty, zresztą ciało uczy się jakimś magicznym sposobem dopasowywać do twardości i nierówności podłoża. Mmmm luksus.

Gdy w ciemności słyszę „good morning”, myślę, że ochroniarze kampingu zdurnieli zupełnie. Patrzę na zegarek- 6:20. Nie wierzę. Good morning się powtarza, jak budzik bez opcji kliknięcia drzemki. Odsuwam suwak, wystawiam łeb. Stoi pancio w kapelutku i błyska bielą zębów. Nie, to nie sen. Jednak nie jedziemy ok. 10, tylko teraz. W cholerę no! Zbieram rzeczy, delikatnie próbuję obudzić Li przygotowując się na wybuch wściekłości słodkiej księżniczki. Fart, nie oberwałam. Powoli pakujemy się, przeciągam jak mogę bo liczę, że uda mi się zrobić kilka zdjęć miejskich Himba. Niestety mimo najszczerszych chęci wyjeżdżamy o koszmarnej 7:00. Nie będzie Himba w wersji „city”.

Jedziemy golfem, śmigamy, 190N$ miejsce w samochodzie. Nie jest źle. Docieramy na miejsce w południe. Dawid czeka od wczoraj na kempingu, dobijamy i my. Jedyny kemping w mieście. Niestety. Wita nas warcząca obsługa rozwalona na materacu. Potem wita nas dziura po basenie wypełniona jakby rzygami. A potem,a nie, jednak przedtem wita nas Dawid, a potem stada perlic i gęsi i syf i brak srajtaśmy w kiblach notoryczny. A Namibia ma naprawdę świetne kempingi, a to takie syfiaste barachło. I naprawdę ten chlew jeszcze dałoby się przeżyć gdyby nie leniwa obsługa rzucająca nienawistne spojrzenia za to że jesteś. Autobus do Zambii dopiero w poniedziałek, zatem przed nami dwie noce w Acaccia Rest Park- choćby żabami padało- nie idźcie tam. Są pewne plusy: rzut beretem do centrum, blisko markety, stacje benzynowe, a więc wylot do innych miast, stada perlic biegające wszędzie niczym poparzone kurczaki, maleńkie białe czaple oblepiające pobliskie drzewa, w cholere innych ptaków magicznie ubarwionych, łasicopodobne cosie i nocne koncerty wszystkiego. Dzikie śpiewy żab. Jedną upolowałam. Co za kolor! Śpiew też upolowałam.

Jaszczury tęczowe hmmm.

Pifko wieczorem w barze- bo w barze dają internety, a internety pozwalają zachować kontakt ze światem. Dnia następnego odkryliśmy, że internety daje też Spar- sieć ślicznych supermarketów – Polska może zazdrościć. Spar też daje obiady, tzn sprzedaje. I można sobie przysiąść z miską ryżu przy stoliku i pożerać kilogramy wifi. Tak staliśmy się marketowymi nurkami i szczurami miejskimi przesiadującymi w markecie. Ale to dopiero po powrocie od gepardów. Fundacja ratowania gepardów. Blisko, a że nie ma nic innego do roboty- jedziemy. Jakiś ziomek nas podwiózł- 42 km bezdrożami. Dojeżdżamy. Duży, ładny ośrodek. Recepcja. Co oferują? Patrzenie jak gepardy rzucają się za mięso w metalowej misce 200$ za osobę. Fundacja sracja. Gepardy, które do nich trafiły nie wrócą na wolność. Bo oni zajmują się hodowlą owczarków tureckich, które sprzedają

farmerom i dzięki temu farmerzy chronią swoje stada i nie mordują w akcie zemsty gepardów.

No spoko. Ale trzymanie dzikich gotów w klatkach dla komercyjnego zysku- sukinsyństwo. Pała! Niesmak! Wracamy, zalegamy w markecie. Wieczorem robimy ognisko, pieczemy ziemniaki, jest ślicznie.

Spotkania koniec, ruszamy w przeciwnych kierunkach.

Siedzę w autobusie do Zambii, krajobraz za oknem zielenieje, ściemnia się. Rano będziemy w innym kraju.

 

DSC_0449 (Copy)

DSC_0448 (Copy)

DSC_0445 (Copy)

DSC_0444 (Copy)

DSC_0436 (Copy)

 

You may also like...

1 Response

  1. Darek napisał(a):

    Wasz namiocik wygląda jakby z liścia bananowca był zrobiony 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *