Zambia cudem świata stoi

Podziel się

Na granicy z Zambią poszło gładko. Delikatnie niesmacznym jedynie był fakt, że za zambijską wizę można płacić tylko dolarami. Zatem w Zambii musiałam zambijskie kwacha szybko zamienić na amerykańskie dolary w celu wkroczenia do tejże Zambii. Absurd.

W chwili, w której przekroczyliśmy granicę świat zmienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zielono, bardzo zielono. Po obu stronach drogi woda po łydki. Ot uroki pory deszczowej. I chaty z gliny wszędzie. Okrągłe osady, kilka budynków w każdej. Po środku coś na kształt altany. A wszędzie pola kukurydzy. Patrząc na okoliczności przyrody właściwie zastanawiam się czemu nie ryżu?

Pada. A potem leje. A potem znów pada. Wszystko mokre. Po drodze mijamy pola i wioski z okalającą je wodą po kostki. Pora deszczowa. Miasteczko wygląda skromnie. Afrykański market Spar w blaszaku miga za oknem.

Dojeżdżamy na dworzec Livingstone, a raczej niewielkie targowisko porośnięte rozpadającymi się budami. Stadion dziesięciolecia przy tym to był przejaw luksusu. Wylewamy się z autobusu, tłum taksówkarzy i nagabywaczy wlewa się na nas. Pierwsze okrzyki „mzungu” brzmią zadziwiająco przyjemnie.

Jeszcze nie otworzyły się drzwi autobusu, a już trzydziestu chłopa rzuciło się do okien i machając kluczykami do samochodu krzyczeli: mzungu mzungu. Acha, welcome to real Africa. Chaos, bałagan, brak asfaltu. Tak! Na to czekałam! Znowu w domu 🙂

Śpimy w jednym z typowych hosteli dla backpackersów. Z pewnością majętnych, bo nasz namiot kosztuje nas 18$ za noc. Dolarów hamerykańskich. Non stop leje. Czasem tylko pada. No cóż. Pora deszczowa. Kochać i akceptować. Zobaczymy Wodospady Wiktorii i zmykamy do Tanzanii. Nie ma co wygniatać kanap w knajpach bo leje.

Nagli nas czas nieco, niedługo dolatują do nas dziewczynki z naszej szkoły demokratycznej. Lila odlicza dni. Odlicza je odkąd postawiłyśmy stopy na czarnym lądzie. I tak z pięć razy dziennie.

Miejscówka w której śpimy z serii „trendy backpackers”.

Rozbijamy namiot w krótkiej przerwie między deszczem, a deszczem. Udało się. Jedna noc tutaj wystarczy, żeby zobaczyć wodospady i wyruszyć do Lusaki. Dają tu internety, nieszczególnie wydajne, ale da się złapać kontakt ze światem. Idea kontrolowania pracy podczas podróży nieszczególnie się sprawdza, tzn. wcale. Albo nie ma internetu albo sprzęt polski (czy tam chiński) szwankuje w afrykańskich upałach i wilgotnościach. Tablet już w Namibii postanowił czytać kartę SD z aparatu, zatem dostęp do zdjęć bieżących został nam odebrany. Godzenie pracy zawodowej z życiem nomada idzie mi jak krew z nosa…

Czasem jednak sprzęt działa, ale wtedy Lilka akurat potrzebuje 280% uwagi, w tym roku jedzie po bandzie. I tak mija dzień za dniem…

Basenowy maniak wciąga mnie do basenu. Chociaż pada i bez pływania jesteśmy mokre…

Byle nad ranem nie padało , byle udało się względnie suchy namiot złożyć, bo wszystkim nomadom wiadomo, że nie ma nic gorszego niż spleśniały namiot. No dobra, gorszy jest tylko brak papieru toaletowego.

Udało się, rano pakujemy dobytek i podjeżdżamy do wodospadów. Dziesiątki sklepikarzy łakomie zerkają na nasze jeszcze nieco białe twarze. Ceny podają w dolarach. Krzywię się i tłumaczę, że przecież w Afryce jestem, to skąd niby miałabym wziąć hamerykańskie dolary, jak ja nawet koło Hameryki nie leżałam.

No ale do celu. Nie tłukłyśmy się tu przez pół świata na shopping przecież. Chcemy rzucić okiem na jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi- cud natury.

Przedzieramy się przez stada pawianów o umiarkowanym poziomie upierdliwości. Las deszczowy wokół. Znaczy się po prostu znów- niespodzianka- pada. Ot mżawka.
Miały huczeć, miały grzmieć. Słyszymy ciszę. Livingstone ponoć padał z wrażenia na sam ich dźwięk- chciałam napisać „jak je odkrywał”- ale to ciula pana toć przecież on ich nie odkrył, tylko jakieś prehistoryczne człekokształtne istoty i kolejne tysiące czy miliony pokoleń autochtonów patrzyły na to zjawisko na rzece Zambezi każdego dnia.

Zaczyna szumieć. Huczy! Ojojjj są! Wodogrzmoty! Wodogrzmoty na rzece Zambezi! Ponad 100 metrów sru z góry na dół. Szeroko, że hej. Maleńkie kropelki wody rozpylają się wokół. Spektakularne. Tak!

Podziwiamy, napawamy się cudem, wdychamy wilgotne powietrze.

I wracamy. Łapiemy plecaki, po drodze kupujemy ugali z sukumą do autobusu- w jakimś garażu w zaułku (namiary oczywiście od autochtona, bo godnego posiłku nie da się zdobyć bez znajomości 😉 )

Jedziemy do Lusaki, szybki tranzyt.

Nie taki szybki bo zajął nam aż dwie noce, zamieszkałyśmy w nieco zagubionym backpackerskim hostelu z cudną ekipą- i z obsługi i gości. No i znów spotykamy Witka z Polszy, którego śledzimy od Livingstone.

Piwko, lenistwo, dobrze… Next stop- Tanzania.

DSC_0453 (Copy)

DSC_0454 (Copy)

DSC_0464 (Copy)

DSC_0473 (Copy)

DSC_0479 (Copy)

DSC_0490 (Copy)

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *