Tanzania, Tunduma i Tanganika- a na granicy i tak najfajniej

Podziel się

Autobus z Livingstone do Tanzanii. A w zasadzie nie do Tanzanii, tylko do zambijskiego miasteczka przed granicą. Oczywiście, że wyjeżdża o 6:00 rano, bo przecież prawo zabrania autobusom poruszania się nocą. Na dworcu kupiłam kilka bajecznych, afrykańskich tkanin. W Kenii takich nie ma. Nigdzie takich nie ma. Najchętniej kupiłabym osiemdziesiąt dwie, ale perspektywa dźwigania belki materiału w plecaku przez najbliższy miesiąc sprawia, że rozsądek mi wraca. Całe szczęście.  A zaglądając do plecaka, to z 3 par spodni, które mam, dwie już są porwane. Jak tak dalej pójdzie, to do Polski wrócę z gołym zadem. Miesiąc prania ręcznego widać, zwłaszcza na jasnych rzeczach. O matko, jak ja nie znoszę prać ręcznie. Chyba tylko bardziej nie znoszę zmywać. Białe koszulki Lilki (czy ja już mówiłam, że nigdy nie wezmę białych koszulek?) mają takie artystyczne szaro-brązowe maziaje. Zielony ręcznik dość szybko schnący wygląda jakby rozjechał go traktor. Plecak z niebieskiego zrobił się czerwony- żebyście zobaczyli jak on wygląda po wyjęciu z autobusowego bagażnika- weźcie pod uwagę, że tu nie ma asfaltu często gęsto. Całe szczęście nie ma wszy. Ani sraczki. Pisałam już co jest najważniejsze w podróży? Jeśli nie, to napiszę- zawsze i niezmiennie papier toaletowy. Wszystkiego może zabraknąć- i to jest do przejścia- ale jak zabraknie papieru, to umarł w butach.

Lusaka to taka stolica, która wygląda zupełnie jak coś, ale z pewnością nie jak stolica.

No naprawdę, już Grójec wygląda bardziej jak stolica (zwłaszcza Zambii). Jak wjeżdżałyśmy tu z Lilką to mówiłam: „nie wiem gdzie jesteśmy, ale z pewnością nie w stolicy”. A centrum… no to nawet nie Grójec, tylko taki Tarczyn plus dwa wieżowce.

Dobra, jedziemy do Tanzanii. Nie mogę się wprost doczekać przeprawy przez granicę, zawsze jest wesoło. I ta adrenalina. Wpuszczą czy nie wpuszczą? Zwłaszcza, że coś chyba nawywijałam podczas wjazdu do Zambii i ominęłam posterunek policji, do którego wszyscy po coś wchodzili. Mam nadzieję, że tak po prostu, żeby się przywitać, a nie po żadną super ważną pieczątkę, bez której z Zambii nas nie wypuszczą- nigdy, przenigdy.

Autobus wywala nas przed granicą. Oczywiście, że nie wiem dokąd iść. Jest ciemno, przemykamy między ogromnymi naczepami Tirów. Miejscówka w sam raz dla seryjnego mordercy. Dwie babeczki łapią mnie za reklamówkę: „chodź, my ci wszystko pokażemy”.

Aha, myślę sobie, ciekawe za ile… Oczywiście, że nie płacę bez z góry ustalonej ceny, ale już sobie wyobrażam te sceny na koniec. Chcąc, nie chcąc idę, bo co mam u licha robić? Tkwić między tymi tirami z Lilką, która z pewnością bardzo chce spać. Pierwszy budynek. Granica Zambii. Pieczątkę wyjazdową trzeba zdobyć, potem będziemy zupełnie nigdzie, pomiędzy krajami, a potem może nas wpuszczą do kolejnego.

Nic z tego, nie wypuszczą nas z Zambii. Ale jak to? No nie wypuścimy was, bo nie macie żółtej książeczki (dowód szczepienia żółtą febrą).

No oczywiście, że nie mamy, panie kochany. Właśnie po to, żeby nie mieć żółtej książeczki wybrałam trasę z południa na północ i takie, a nie inne kraje. Właśnie po to, żeby nie mieć żółtej książeczki wysłałam maile do wszystkich ambasad. Żeby się upewnić. I wszystkie odpisały, że oczywiście nie musi pani mieć żółtej książeczki tralalalala. No to nie mam. I Lilka nie ma. Jeszcze czego, przestarzała szczepionka, z niską skutecznością i śmiercią wymienioną jako jeden ze skutków ubocznych. Dzięki bardzo. Może jutro. Maniana. Nigdy.

No to mówię panu, że niemożliwe bo sprawdzałam. A pan mówi, że nie może nas wypuścić z Zambii bo nie wpuszczą nas do Tanzanii. To ja mówię, że pójdę sobie do tej Tanzanii i zapytam. A pan mówi, żebym sobie szła. No to idę. Idziemy. Lilka, ja i dwie panie z misją opiekowania się białaskami. Wparowuję do budyneczku, cudem tylko nie ląduję na ryju potykając się o odstające linoleum. Postawa bojowa, spluwy mi prawie dymią za paskiem. Jakiś chłystek siedzi w zawadiackiej koszuli w kwiaty na biurku, inny sterczy pod ścianą. „Where is someone from health care?”- (gdzie jest ktoś ze służby zdrowia) pytam jednym z tych moich tonów w repertuarze, który nie znosi sprzeciwu, ani w ogóle niczego.

-„Ja”- odpowiada koleś w koszuli.

Taaaa, jasne, patrzę z pobłażaniem na jego pół bezzębny i nieco zbity z tropu uśmiech.

-„Pokaż no etykietkę” – chwytam go bardzo niegrzecznie za identyfikator tonący w kwiatach koszuli.

Ktoś tam jakiś tam, lekarz, health care. No dzień dobry. No to mówię mu, że nie chcą nas z Zambii wypuścić, bo nie mam żółtej książeczki, a przecież ona nie jest wymagana, bo wiadomo.

Patrzy na mnie- zakłada na twarz głupkowaty uśmiech numer trzy.

-„Oczywiście, że trzeba mieć żółtą książeczkę w Tanzanii, zobacz, tu jest mapa krajów zagrożonych żółtą febrą”- i palcem wskazuje pożółkłą, wygniecioną mapkę formatu A4, przyczepioną do tablicy korkowej.

-„No panie, ale ta mapka jest z 2005 roku!”- tym razem przybieram ton oburzony i zgorszony- „A ja tu mam dane z roku 2016 WHO”.

Ale co go to obchodzi, on ma swoją mapkę i już. I pieje i tłumaczy i opowiada. Roaaar. Dobra, skończmy tę farsę, do rzeczy.

-„Dobrze proszę pana, to niech mi pan powie co mam w takim razie zrobić. Tkwię w środku nocy z dzieckiem na granicy i nie mam żółtej książeczki”

-„Mogę was tu zaszczepić”- i tu promienny uśmiech wypełza na twarz pana lekarza.

A ja próbuję nie parsknąć śmiechem. Sytuacja ma tak wysoki poziom abstrakcji, że nie czuję ani złości, ani strachu.

-„Nie proszę pana, nie zaszczepimy się bo ta szczepionka nie jest bezpieczna…”

A pan tylko patrzy pustym wzrokiem, w skali pustości od 1 do 10 plasuje się na pozycji siódmej. Myśl Makowska, myśl, argument. Ulotkę czytałaś… myśl… Olśnienie!

-„… jest wręcz bardzo niebezpieczna, bo my jesteśmy uczulone na białko kurze, a ta szczepionka je zawiera”.

Uffff, mózgu dziękuję. 1:0 dla nas. Tu pan zaczyna mnie przepytywać czy w takim razie nie jemy rzeczy z jajkami. No oczywiście, że nie jemy, przecież byśmy się udusiły- obie. Na trzy-czte-ry.

-„to dlaczego nie masz zaświadczenia od alergologa?”

Aaaaaaaaaaaaaaaaaa. A po cholerę mi zaświadczenie od alergologa, skoro wybrałam kraje, w których nie trzeba mieć tej pieprzonej szczepionki. Wcale. W ogóle. Ani kawałka! O matko, może mu kankana zatańczę. Nie-jestem-żyrafą. No dom wariatów.

Koleś jest na tyle sprytny, że dostrzega zmieniający się kolor mojej twarzy i łapie, że to oznacza, że kończy mi się cierpliwość i że oto nadszedł moment, w którym należy zakończyć grę w kotka i myszkę i wyjść z ofertą.

Oferta była korzystna. Stałyśmy się posiadaczkami dokumentów umożliwiających nam dalszą podróż. I nie kosztowało to 100$, jak sugerował cennik wiszący na ścianie. Wystarczyło 40$, z których 20 pożyczyły mi panie opiekunki. Natychmiast oddałam wyciągając je z granicznego bankomatu, chociaż mówiły, że to nieważne i nie muszę im oddawać (o co kurczę chodzi?).

Dziękuję. Świat stoi przed nami otworem.

A póki co przynajmniej Tunduma. Miasteczko przy granicy, gdzie psy szczekają zapewne nie paszczą. Wtaczamy się do hotelu, za drogi, ale who cares. Żegnamy się z paniami – do licha niczego ode mnie nie chcą. Niczego! Dziękuję. Asante sana.

Zasypiamy snem kamiennym. Jutro jedziemy na północ, w kierunku Kigomy, bo tam Jane Goodall badała szympansy i fajnie byłoby je poznać.

good night

Tunduma

Zambia

Zambia

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *